Test trenera Hughesa
Dodano: 12.11.2008 22:02 Autor: Gordon,
Wśrod licznych zagadek związanych z formowaniem się nowej europejskiej potęgi pod nazwą Manchester City najciekawszą jest dla mnie zdecydowanie ta związana z osobą trenera Marka Hughesa. Czy Walijczyk dołączy do grona trenerów wybitnych i zapanuje nad budową nowego składu Citizens? Jeśli oczywiście dostanie na to szansę...
Przed nami okres prawdziwego chaosu informacyjnego, który dla prawdziwego kibica jawi się jako jedna wielka udręka. Ileż można słuchać tego samego, "Aguero W Manchesterze"; "Aguero zaprzecza zainteresowaniu City"; "Ronaldo nie zagra na CoMS" itp? W tym chaosie informacyjnym niezwykle łatwo zapomnieć o rzeczach najważniejszych i porwać się zupełnie jałowym spekulacjom, tym bardziej dotyczącym kibica City, że w styczniu klub przejdzie prawdziwą metamorfozę. Uprzedzając spodziewany atak odpowiem: nie jestem jakoś specjalnie impregnowany na tego typu medialne doniesienia, które częstokroć służą jedynie podniesieniu czytelności danej strony czy gazety. Owszem interesuje mnie kto zdecyduje się na przejście i próbę powalczenia o coś zupełnie nowego jednak są sprawy o wiele ważniejsze i ciekawsze niż doraźne pytanie: "Dołączą?". Taką rzeczą jest dla mnie przede wszystkim los trenera Marka Hughesa W City, która z wielu powodów jest dla mnie jednym z najciekawszych aspektów przyjścia do klubu arabskich właścicieli.
Wyobraźmy sobie, że dostajemy nową pracę. Nieźle płatną, oczywiście niezwykle uciążliwą, bowiem nasze wyniki sa bezustannie monitorowane, a za ich brak konsekwencją może być szybkie pożegnanie się z nią. Pracodawcy mają do nas jednak pełne zaufanie, a sami nie jesteśmy postacią anonimową, która w tej branży debiutuje. W firmie znaleźliśmy się za sprawą kapitalnych wyników we wcześniejszej pracy. Mamy względny spokój, komfort możemy spokojnie wziąć się za budowę nowej jakości kiedy to naszą firmę przejmuje bogaty sponsor, który podnosi zdecydowanie wymagania, oczekuje bowiem wyniku większego niż wcześniejszy. W dodatku nasze wcześniejsze osiągnięcia bledną wobec tego czego musimy dokonać. Pytania o to czy w ogóle mamy odpowiednie kwalifikacje do tego by pracować w owej firmie wydają się być w tym kontekście głeboko uzasadnione...
Sytuacja, którą ledwie nakreśliłem przydarza się właśnie Markowi Hughesowi. Zabawne, że przy całym szumie wokół City po przejęciu klubu przez Abu Dhabi Group nie pyta się o kwalifikacje Hughesa do prowadzenia potencjalnej przecież potęgi światowego futbolu. Słusznie rzecze John Hartson podkreślając, że Hughes jakkolwiek był wielkim piłkarzem obecnie staje przed najtrudniejszym wyzwaniem w swej nie tak rozległej przecież karierze trenerskiej. Reprezentacja Walii? Hmmm... bez żartów. Pomimo nazwisk zawsze była skazana na przegraną, ale też nikt ne mówił o tym, że porażki drużyny są zawinione przez selekcjonera Hughesa. Blackburn Rovers? Praca w tym klubie wywindowała managera City mocno w górę jednak jakby spojrzeć na nią nie jest to wielki wynik. Ot bardzo dobre miejsce osiagnięte przez drużynę dość przeciętną. Poprzeczka jednak poszła mocno w górę... Hughes znalazł się w samym centrum światowego futbolu. Do dyspozycji ma w tej chwili niemal nieograniczone możliwości finansowe i niemal takową "bazę" piłkarzy, którzy mogą grać w drużynie City. Sytuacja wymarzona, która jednak po dokładnym zbliżeniu staje się godna pożałowania. Co bowiem jeśli nie uda się osiągnąć zamierzonych celów? Nikt nie chce do końca swego zawodowego życia nosić łatki trenera, który w sytuacji wymarzonej nie sprostał trudnościom. A wszystko to dopiero wierzchołek góry lodowej. Co powiedzieć ortodoksyjnym kibicom, którzy nie chcą w City samych gwiazd za ciężkie pieniędze nie czujących więzi z wieloletnią tradycją klubu. Zresztą rozbijanie starej drużyny, a przede wszystkim dojrzewanie nowego, który złozony jest wyłącznie z nowych graczy wymaga czasu, którego zresztą zazwyczaj brak managerowi piłkarskiemu w Anglii szczególnie na tak gorącym stanowisku. Słusznie zatem szuka Hughes fundamentów obecnego teamu, do którego można dobierać zawodników, którzy będą pasować do koncepcji. Ostatnie bolesne porażki jednak wyjatkowo temu nie służą...
Im dłużej śledzę pracę Hughesa na Eastlands tym bardziej przypomina mi się casus Ranierego w Chelsea. Z jednym zastrzeżeniem: Hughes ma dużo ciężej... Jeśli bowiem popatrzeć na fundamenty Chelsea w 2003 roku, przed erą Abramowicza, a Manchesterem City w sezonie 2007-2008 trudno nie oprzeć się wrażeniu, że poprzedni manager City niewiele pomógł Hughesowi. Przypomina to trochę mission impossible, a kto nie wierzy niech przypomni mi, który wielki klub został zbudowany od podstaw w ciągu pół roku? Z jednej strony trochę szkoda mi Marka Hughesa, z drugiej zaś mam nadzieję, że słowa poparcia ze strony nowych właścicieli klubu nie są tylko zwykłą kurtuazją. Pięknie byłoby zobaczyć narodziny nowej gwiazdy na ławce trenerskiej bowiem muszę przyznać, że bardziej nawet od zwyczajnej kopaniny interesują mnie prawdziwe piłkarskie osobowości, najczęściej właśnie trenerskie. A po za tym mam szacunek do Hughesa, za czasy, których z wiadomych względów pamiętać nie mogę, ale w głowie utkwiło mi zdanie wyczytane kiedyś w wywiadzie z Hughesem, które zacytuję z pamięci: "Mówiono o mnie, że podczas gry wkładam głowę tam gdzie inni boją się podłożyć nogę...". I oby ta cecha ujawniła się także podczas prowadzenia Manchesteru City.
Przed nami okres prawdziwego chaosu informacyjnego, który dla prawdziwego kibica jawi się jako jedna wielka udręka. Ileż można słuchać tego samego, "Aguero W Manchesterze"; "Aguero zaprzecza zainteresowaniu City"; "Ronaldo nie zagra na CoMS" itp? W tym chaosie informacyjnym niezwykle łatwo zapomnieć o rzeczach najważniejszych i porwać się zupełnie jałowym spekulacjom, tym bardziej dotyczącym kibica City, że w styczniu klub przejdzie prawdziwą metamorfozę. Uprzedzając spodziewany atak odpowiem: nie jestem jakoś specjalnie impregnowany na tego typu medialne doniesienia, które częstokroć służą jedynie podniesieniu czytelności danej strony czy gazety. Owszem interesuje mnie kto zdecyduje się na przejście i próbę powalczenia o coś zupełnie nowego jednak są sprawy o wiele ważniejsze i ciekawsze niż doraźne pytanie: "Dołączą?". Taką rzeczą jest dla mnie przede wszystkim los trenera Marka Hughesa W City, która z wielu powodów jest dla mnie jednym z najciekawszych aspektów przyjścia do klubu arabskich właścicieli.
Wyobraźmy sobie, że dostajemy nową pracę. Nieźle płatną, oczywiście niezwykle uciążliwą, bowiem nasze wyniki sa bezustannie monitorowane, a za ich brak konsekwencją może być szybkie pożegnanie się z nią. Pracodawcy mają do nas jednak pełne zaufanie, a sami nie jesteśmy postacią anonimową, która w tej branży debiutuje. W firmie znaleźliśmy się za sprawą kapitalnych wyników we wcześniejszej pracy. Mamy względny spokój, komfort możemy spokojnie wziąć się za budowę nowej jakości kiedy to naszą firmę przejmuje bogaty sponsor, który podnosi zdecydowanie wymagania, oczekuje bowiem wyniku większego niż wcześniejszy. W dodatku nasze wcześniejsze osiągnięcia bledną wobec tego czego musimy dokonać. Pytania o to czy w ogóle mamy odpowiednie kwalifikacje do tego by pracować w owej firmie wydają się być w tym kontekście głeboko uzasadnione...
Sytuacja, którą ledwie nakreśliłem przydarza się właśnie Markowi Hughesowi. Zabawne, że przy całym szumie wokół City po przejęciu klubu przez Abu Dhabi Group nie pyta się o kwalifikacje Hughesa do prowadzenia potencjalnej przecież potęgi światowego futbolu. Słusznie rzecze John Hartson podkreślając, że Hughes jakkolwiek był wielkim piłkarzem obecnie staje przed najtrudniejszym wyzwaniem w swej nie tak rozległej przecież karierze trenerskiej. Reprezentacja Walii? Hmmm... bez żartów. Pomimo nazwisk zawsze była skazana na przegraną, ale też nikt ne mówił o tym, że porażki drużyny są zawinione przez selekcjonera Hughesa. Blackburn Rovers? Praca w tym klubie wywindowała managera City mocno w górę jednak jakby spojrzeć na nią nie jest to wielki wynik. Ot bardzo dobre miejsce osiagnięte przez drużynę dość przeciętną. Poprzeczka jednak poszła mocno w górę... Hughes znalazł się w samym centrum światowego futbolu. Do dyspozycji ma w tej chwili niemal nieograniczone możliwości finansowe i niemal takową "bazę" piłkarzy, którzy mogą grać w drużynie City. Sytuacja wymarzona, która jednak po dokładnym zbliżeniu staje się godna pożałowania. Co bowiem jeśli nie uda się osiągnąć zamierzonych celów? Nikt nie chce do końca swego zawodowego życia nosić łatki trenera, który w sytuacji wymarzonej nie sprostał trudnościom. A wszystko to dopiero wierzchołek góry lodowej. Co powiedzieć ortodoksyjnym kibicom, którzy nie chcą w City samych gwiazd za ciężkie pieniędze nie czujących więzi z wieloletnią tradycją klubu. Zresztą rozbijanie starej drużyny, a przede wszystkim dojrzewanie nowego, który złozony jest wyłącznie z nowych graczy wymaga czasu, którego zresztą zazwyczaj brak managerowi piłkarskiemu w Anglii szczególnie na tak gorącym stanowisku. Słusznie zatem szuka Hughes fundamentów obecnego teamu, do którego można dobierać zawodników, którzy będą pasować do koncepcji. Ostatnie bolesne porażki jednak wyjatkowo temu nie służą...
Im dłużej śledzę pracę Hughesa na Eastlands tym bardziej przypomina mi się casus Ranierego w Chelsea. Z jednym zastrzeżeniem: Hughes ma dużo ciężej... Jeśli bowiem popatrzeć na fundamenty Chelsea w 2003 roku, przed erą Abramowicza, a Manchesterem City w sezonie 2007-2008 trudno nie oprzeć się wrażeniu, że poprzedni manager City niewiele pomógł Hughesowi. Przypomina to trochę mission impossible, a kto nie wierzy niech przypomni mi, który wielki klub został zbudowany od podstaw w ciągu pół roku? Z jednej strony trochę szkoda mi Marka Hughesa, z drugiej zaś mam nadzieję, że słowa poparcia ze strony nowych właścicieli klubu nie są tylko zwykłą kurtuazją. Pięknie byłoby zobaczyć narodziny nowej gwiazdy na ławce trenerskiej bowiem muszę przyznać, że bardziej nawet od zwyczajnej kopaniny interesują mnie prawdziwe piłkarskie osobowości, najczęściej właśnie trenerskie. A po za tym mam szacunek do Hughesa, za czasy, których z wiadomych względów pamiętać nie mogę, ale w głowie utkwiło mi zdanie wyczytane kiedyś w wywiadzie z Hughesem, które zacytuję z pamięci: "Mówiono o mnie, że podczas gry wkładam głowę tam gdzie inni boją się podłożyć nogę...". I oby ta cecha ujawniła się także podczas prowadzenia Manchesteru City.
Źródło: własne














